Muzyk na emeryturze

Przypadkiem spotkanego na gorzowskim deptaku Lecha Serpinę, który przez kilka lat do emerytury był dyrektorem Państwowej Szkoły Muzycznej I stopnia im. Wł. Ciesielskiego w Gorzowie Wielkopolskim, zapytałam, czy muzyk może być na prawdziwej emeryturze? Bo przecież w duszy mu ciągle gra, a znając Lecha Serpinę, wiem, że jemu nie tylko w duszy gra, bo on jest znany z tego, że skrzypce to jego żywioł.

Na pytanie: Co jest jego przeznaczeniem odpowiedział bez zastanowienia: – Moim przeznaczeniem jest granie muzyki folkowej. Nawet nazwałbym siebie folklorystą. Teraz gdy rozmyślam o tym, przypomniałem sobie, że najpierw grałem z Cyganami w zespole „Czarne Perły” Don Vasyla, potem z kapelą „Wiwaty” z Pobiedzisk, której nazwa nawiązuje do popularnego w Wielkopolsce tańca ludowego – wiwata. Potem był zespół łemkowski „Chwylyna”. Obecnie gram w folkowym zespole „Drzewiczanie” w Kostrzynie nad Odrą.

– Od czego rozpoczęła się Twoja droga folklorystyczna z „Chwylyną”?

– Kiedy pracowałem w Państwowej Szkole Muzycznej I stopnia w Strzelcach Krajeńskich, a były to lata osiemdziesiąte ubiegłego wieku, poznałem nauczyciela – akordeonistę, który był Łemkiem, i dzięki niemu wtedy przez wiele lat grałem z łemkowską kapelą, więc ten folklor już wtedy mnie prześladował, w pozytywnym oczywiście znaczeniu. Po wielu latach kapela się rozpadła, bo niektórzy muzycy poumierali, ale grała prawie ćwierć wieku. Teraz gram z folkową kapelą w Kostrzynie, którą prowadzi mój wspaniały kolega mieszkający w Witnicy. Pełna nazwa tego zespołu to Amatorski Zespół Artystyczny „Drzewiczanie” prowadzony przez Jana Piśko.

Jest to zespół śpiewaczy z rozbudowaną kapelą. Jeździmy na festiwale i konkursy wygrywając nagrody. W tym miesiącu jedziemy na festiwal do Międzyzdrojów. Ostatnio zaproszeni zostaliśmy do konkatedry w Kamieniu Pomorskim, kiedyś nas posłyszał proboszcz i wtedy sobie zażyczył żebyśmy tam zaśpiewali, a mamy także w repertuarze muzykę nadającą się do śpiewania w kościele. Akordeonista wybiera takie utwory, że ludzie płaczą i klękają. Natomiast w katedrze gorzowskiej w styczniu tego roku daliśmy koncert kolęd.

Zespół niedawno świętował jubileusz 40-lecia istnienia podczas lokalnego wydarzenia „Niedziela z Folklorem”. Reprezentując swój region „Drzewiczanie” zajęli I miejsce na Festiwalu Współczesnej Kultury Ludowej w Kamieniu Pomorskim.

– Przypomnijmy jeszcze o „Czarnych Perłąch”

– „Czarne Perły” to cygański zespół estradowy założony w Gorzowie Wielkopolskim w 1971 roku przez Dona Vasyla, którego chyba wszyscy znają. Początkowo występowali w nim gorzowscy muzycy oraz członkowie rodziny. Był tam m.in. konferansjer i piosenkarz Jerzy Bułaj.

– Zanim jeszcze powrócimy do romskiego wątku. Opowiedz proszę o latach najmłodszych i swojej edukacji.

– Mówię o sobie, że jestem góral nizinny. Urodziłem się w Mysłakowicach i kiedy bywam w Szklarskiej Porębie zawsze odwiedzam miejscowość urodzenia. Z mojego pokoju, gdy nie było mgły i świeciło słońce widać było Śnieżkę.

Do Gorzowa Wielkopolskiego przyjechałem z rodzicami będąc dzieckiem. Tata dostał tu pracę w Instytucie Włókien Sztucznych. Moja mama wcześniej pracowała w Mysłakowicach w Zakładach Przemysłu Lniarskiego była snowaczką.

Rodzice chcieli a szczególnie mama żebym został muzykiem. Ukończyłem więc pierwszy stopień w Państwowej Szkole Muzycznej I i II stopnia im. Tadeusza Szeligowskiego, potem Liceum Muzyczne w Poznaniu. Nie dostałem się na studia do Wyższej Szkoło Muzycznej na wydział wokalny i aby uniknąć służby wojskowej ukończyłem Studium Medyczne z oceną bardzo dobrą też w Poznaniu. Zostałem radiologiem i rozpocząłem pracę w szpitalu przy ul. Lutyckiej. Pracowałem też w Gorzowie w Poradni Przeciwgruźliczej, robiłem zdjęcia RTG i prześwietlenia.

– Jaka była zatem Twoja droga od zawodu medycznego do muzyki?

– W pewnym momencie pracę w szpitalu zostawiłem i pojechałem z Cyganami. A było to tak, że przyjechałem na krótkie wakacje do Gorzowa do rodziców. Tu spotkałem Jurka Bułaja, który już występował z Don Vasylem, to Jurek wtedy mi powiedział, że Don Vasyl potrzebuje skrzypka na trasę koncertową. Zdecydowałem, że na jedną trasę z nimi pojadę ale nie więcej bo mam pracę w Poznaniu. Ale ta jedna trasa potrwała aż 9 miesięcy. Z pracy zrezygnowałem, bo pociągała mnie muzyka cygańska, jeździłem z taborem, było wspaniale przy pięknej pogodzie wyjeżdżaliśmy do lasu, a do tego te piękne Cyganki. Ja byłem wtedy „Czarną Perłą” polskiej estrady.

Przyszło jednak opamiętanie, miałem tylko średnie wykształcenie ale ambicje miałem wyższe. Podziękowałem Cyganom i poszedłem na studia. I bardzo dobrze, bo potem mogłem uczyć w szkole i robić to co robiłem, chociaż nigdy nie planowałem, że będę kiedyś pracował w szkole. To było ostatnie coś, co mogło mi się zdarzyć w moim zawodowym życiu; być nauczycielem i w końcu zostać dyrektorem Państwowej Szkoły Muzycznej I st. im. Wł. Ciesielskiego.

– Ale wiodłeś również życie teatralne. Jak to było?

– Tak, w międzyczasie były jeszcze teatry. Właściwie jeszcze teraz współpracuję z teatrem gorzowskim. Przez całe studia pracowałem w Teatrze Polskim w Poznaniu. Byłem muzykiem do nagrań. Jak tylko potrzebny był skrzypek to ja tam byłem. A do dzisiaj gram również w Teatrze im. Juliusza Osterwy, jedna z ostatnich sztuk „Lalka” także wymagała skrzypka. Ja tam gram ale do ukłonów nigdy wychodzę.

Tak się to plotło w moim życiu teatralnym, że na przykład w roku chyba 1978 znana aktorka Marzena Trybała grała Cygankę w sztuce Fiodora Dostojewskiego „Biesy”, a ja byłem jej partnerem Cyganem. Ja tylko grałem nic nie musiałem mówić. Poznałem też Henia Talara, Krystynę Horodyńską i nieodżałowaną Krysię Feldman.

Wtedy gdy ja byłem w Teatrze Polskim Krystyna Feldman też tam grała, później przeszła do Teatru Nowego. Pamiętam, że dla niej teatr był domem. Ona siadała w podziemiach w bufecie, nawet wtedy gdy nie grała w danym spektaklu ale była, miała tam swój stolik, piła herbatę albo ziółka i cudownie opowiadała. My wszyscy z zaciekawieniem słuchaliśmy jej opowieści. A opowiadała wspaniale, cudowna to była kobieta. Wtedy nikt nie podejrzewał, że ona dostanie i zagra swoją życiową rolę Nikifora. Jako człowiek była wspaniała, serdeczna dla wszystkich i wszyscy ją bardzo szanowali w teatrze, nie musiała się nigdy unosić nerwami.

Wanda Milewska

Fot. Z archiwum Lecha Serpiny

Miejsce na Twoją reklamę!

guest

0 komentarzy
Najstarsze
Najnowsze Najwięcej głosów
Opublikuj post: