
Nie ma chyba nikogo kto przynajmniej raz w swoim życiu odchudzał się lub próbował rozpocząć tą walkę z nadmiernymi kilogramami. Jakie były wyniki tego poświęcania i odmawiania sobie nie będę tutaj pisał.
Zwykle początki są podobne do siebie u każdego: „Postanowione, przechodzę na dietę! Mam już wszystko zaplanowane”. Pierwszy dzień jest wyraźnie zaznaczony w kalendarzu, przypomina nam o tym, kiedy zaczynamy – od poniedziałku, od pierwszego, od nowego roku. Tak więc przed nami ostatni moment, parę dni, może nawet miesiąc, kiedy jeszcze nie będziemy na diecie. To czas, kiedy możemy doświadczyć właśnie „syndromu ostatniej wieczerzy”.
Przed każdą dietą chcemy najeść się pokarmów, których planujemy już nigdy więcej nie jeść. W tym czasie zjadamy o wiele więcej niż normalnie. Może to być chwilowa sytuacja na jeden posiłek albo cały dzień przejadania. Czasami to trwa nawet kilka dni. Jest to pożegnalna uczta przed planowanym głodowaniem. Każde jednak nadmierne objadanie się niesie za sobą większe lub mniejsze konsekwencje. Syndrom może spowodować wzrost wagi ciała, który jest tym większy, im dłużej będzie trwać okres „żegnania się” z różnymi produktami i im większe ich ilości zostaną spożyte.
„Syndrom ostatniej wieczerzy” dotyka każdego, kto wciągnął się w kulturę diet. Długoletni weterani diet dobrze wiedzą co to znaczy. Mamy mocne postanowienie, że obudzimy się jutro rano i rozpoczniemy nowe życie z czystą kartką. Objadamy się, bo nie wiemy kiedy będzie następny posiłek.
W głowie mamy zakodowane m.in. takie przyzwyczajenia:
• kupujesz wielkie pudełko lodów i zjadasz je jakby to był ostatni posiłek w twoim życiu,
• wyjadasz z szafek wszystko co nie pasuje do twojej wizji diety
• idziesz na przyjęcie i nie możesz przestać jeść bo wiesz, że to się już nie powtórzy,
• jesz placek za plackiem bo jutro kończą się święta i już potem ich nie będzie.
„Syndrom ostatniej wieczerzy” jest skutkiem ubocznym życia z mentalnością kultury diet. To jest ten moment kiedy dostajemy do jedzenia pokarm który normalnie jest nam zakazany i czujemy przypływ emocji. Jakby ktoś w środku wołał „zjedz wszystko!”, a policja jedzeniowa w głowie mówi „zapłacisz za to dietą”.
Mimo że w normalnej sytuacji nasze ciało nie czuje się dobrze po przejedzeniu, to przy restrykcjach nasze emocje i odczucia nie zawsze za tym nadążają. Niedojadanie prowadzi do przejadania. Brak węglowodanów prowadzi do chęci na słodkie bo staramy się nadrobić braki czymś co daje szybki efekt. Ale satysfakcja nie przychodzi, bo słodkie to nie np. zboże na które miało się ochotę. Tym bardziej zdrowe, dietetyczne słodycze nie przynoszą satysfakcji. Niedojadanie nieuchronnie prowadzi nas do przejadania. Będziemy mieć poczucie winy, wstydu, porażki. Bezpodstawnie bo nie da się kontrolować głodu na dłuższą metę. To potrzeba biologiczna a nie kwestia braku silnej woli.
Przed każdą restrykcją chcemy najeść się na zapas. Ten ostatni raz. To jest właśnie „syndrom ostatniej wieczerzy”. Nie pozwalajmy się doprowadzać się do takiego stanu. Nie narzucajmy sobie restrykcji. Głód zaspokajajmy jedzeniem a nie oszukujmy go jakimś ekwiwalentem jedzenia. Każdego dnia możemy jeść to, co chcemy. Wszystkie pokarmy są w porządku dopóki honorujemy potrzeby a nie jemy z automatu.
„Syndrom ostatniej wieczerzy” to powszechny mechanizm psychologiczny, który może sabotować nawet najlepsze postanowienia dietetyczne. Klucz do jego przezwyciężenia leży w zmianie naszego nastawienia: od restrykcji do troski, od karania do wspierania, od perfekcjonizmu do elastyczności. Jeśli zaczniemy myśleć o diecie jako o akcie dbania o siebie – nie będziemy musieli żegnać się z jedzeniem, lecz nauczymy się wybierać to, co nam służy. Bez dramatyzmu, bez presji – ale z uważnością i szacunkiem dla własnych potrzeb.
Andrzej Koenig, ociemniały
Fot. Pixabay


