
Weronika Kurjanowicz ma 98 lat, mimo podeszłego wieku jest samodzielna i ma ciągle twórczy umysł. Pisze wspomnienia sprzed lat i dzieli się z czytelnikami, pozwalając na ich publikację między innymi na portalu milpress, który swoją tematyką obejmuje aktualności kulturalne, społeczne i sakralne.
Weronika Kurjanowicz, polonistka, urodziła się 31 października 1927 roku w Grodnie. Do Gorzowa przyjechała latem w 1945 roku z Baranowicz z Kresów Wschodnich, obecnie Białoruś. Po zdaniu matury studiowała polonistykę na Uniwersytecie im. Adama Mickiewicza w Poznaniu. Po powrocie do Gorzowa przez wiele lat uczyła języka polskiego w Zespole Szkół Ekonomicznych, w którym była także dyrektorem. Wydała m.in samouczki ortograficzne, była korektorem wielu publikacji. Współpracowała z „Nadwarciańskim Rocznikiem Historyczno-Archiwalnym” , a także z lokalnym radiem, w którym prowadziła audycję „Ugryź się w język”. Przez wiele lat aktywnie działała w Gorzowskim Towarzystwie Pomocy im. św. Brata Alberta.
Jedne z najbardziej aktualnych wspomnień Weroniki Kurjanowicz, dotyczą urządzania miasta Gorzowa po II wojnie światowej. Oto co Weronika Kurjanowicz opowiedziała Helenie Tobiasz, która wspomnienia te spisywała. Obie panie udostępniły opowiadanie do publikacji portalowi milpress, mojego autorstwa.
Tak zaczęła swoją opowieść Weronika Kurjanowicz:
– W miarę docierania pociągów z przesiedleńcami dawny Landsberg /tak nazywał się Gorzów przed wojną/ zamienia się w polskie miasto. Już była mowa, że przyjeżdżali ludzie różni i z różnych stron. Stopniowo zmieniało się oblicze tej nowej społeczności. Warto przypomnieć jak zmieniała się nazwa samego miasta: Kobyla Góra, Gorzów, Gorzów nad Wartą itd. Ale ludzie musieli żyć niezależnie od nazwy miejsca, do którego rzucił ich los.
Jakież zawody były przede wszystkim pożądane? Na przykład: wobec zbliżającej się zimy, potrzebna była ciepła odzież. Największą trudność sprawiało obuwie. Wtedy uratował nas pomysł, żeby nosić kalosze gumowe (które były dostępne na rynku), bo można było się ubrać w podwójne, potrójne skarpety. Specjaliści od wszystkiego (również ja) ogłaszali się naklejając kartki na słupach: wykonuję to lub to. Nawet ja (Kurjanowicz) zarabiałam w ten sposób, że wyrabiałam skarpety ze starej lub odnalezionej w magazynach włóczki.
Równolegle znaleźli się i fachowcy. Warto poznać pierwszych właścicieli zakładów szewskich. Jeden mieszkał i pracował na Zawarciu, w kamienicy za stadionem żużlowym. Ten specjalizował się w przerabianiu oficerek na damskie buty. Także ja, Weronika Kurjanowicz weszłam w posiadanie eleganckich butów do kolan, z lakierowanymi cholewkami.
Drugi zakład był przy ul. Łokietka. Był to pan Franciszek Pytlak. Zaprzyjaźniłam się z nim bardzo, ponieważ miałam jedyne buty i każda reperacja wymagała odsiedzenia w warsztacie, tyle czasu ile trwała naprawa. A pan Pytlak opowiadał ciekawe historie ze Lwowa, w którym dawniej mieszkał. I tak dowiedziałam się, że Antonina żona profesora Bolesława Kudelki była wybrana jako miss Lwowa: a on wykonał dla niej specjalne piękne trzewiczki. Często wspominał swoje rodzinne miasto z tęsknotą. Z przyjściem wiosny łatwiej było o wykonanie obuwia przejściowego. Pojawiły się buty na podeszwie drewnianej, w których owa podeszwa, była nawet zaopatrzona w rodzaj zawiasów, żeby łatwiej się uginała i dostosowywała do ruchów. Wybór materiałów na wierzch był prostszy i szeroki, mogły to być kawałki skóry i różnego rodzaju tkaniny. W moim domu panowały zelówki ze sznura tzw. espadryle, które potrafiła robić moja mama Aleksandra, zmuszona do radzenia sobie w trudnych czasach rewolucji październikowej w Rosji. Stosunkowo szybko pojawiły się góralskie kierpce.
Może czytelników zdziwić, że równie pożądanym zawodem był w tamtym czasie fotograf. W Gorzowie mieliśmy dwóch specjalistów, w tym pana Andrzeja Picińskiego, ojca znanego powszechnie Romana, który wykształcił się na znanego malarza, rysownika, także twórcy niektórych murali, i licznych ilustracji do wielu wydawnictw.
Fotograf miał klientów dużo gdyż pierwsze lata wiązały się z koniecznością wyrabiani różnych dokumentów: legitymacji, dowodów osobistych, także zdjęć indywidualnych ze ślubów, chrztów i innych uroczystości. Fotograf Piciński był także „nadwornym fotografem” rosyjskiego komendanta wojennego miasta pułkownika Josifa Draguna.
Bardzo pożądani i poszukiwani byli także pracownicy medyczni. Zdarzało się nawet, że ktoś występował jako lekarz ale później okazywało się, że nie miał żadnych kwalifikacji medycznych. Prawdziwą codzienną pomocą w tej dziedzinie służyły jednak pielęgniarki. Na pewno długo w pamięci mieszkańców pozostawała położna Emilia, żona pana Franciszka Pytlaka. Również niezapomnianą pielęgniarką pozostanie siostra Maria. Zaprzyjaźniliśmy się bliżej z siostrą Eweliną Pawłowiczową z domu Romejko, zamieszkałą przy ul. Kasprowicza. W swojej dzielnicy uchodziła ona za „pierwszą pomoc” i zaspokajała pierwsze potrzeby zdrowotne wszystkich sąsiadów: była osobą otwartą, gotową do służenia innym, pogodną i zawsze pomocną.
Nieznanym dzisiaj zawodem byli wówczas lutownicy. Czasy wojenne mocno nadwerężyły garnki, miednice i podobne naczynia emaliowane, przywiezione lub znalezione wśród ruin. Dopóki nie było sklepów i odpowiednich nowych dostaw, ratowaliśmy się przy pomocy lutowania. Na ulicach przejeżdżali na rowerze lub biegali mężczyźni obładowani odpowiednimi narzędziami i głośno oznajmiali „Garnki lutuję…”. Reperacja następowała szybko, na miejscu, przy domu klienta. Rzemiosłem tym, jak również tworzeniem patelni często zajmowali się Romowie. W Gorzowie napływ tychże nastąpił dosyć szybko. Duża część Romów osiedliła się przy ul. Drzymały w okolicy styku z ul. Łokietka, a tzw. Kwadrat stał się miejscem ich biesiad i wypoczynku. Inną jeszcze z usług było także wróżbiarstwo; szerzyło się zarówno w parkach, lecz miało również swoje siedziby wyposażone w różne atrybuty (karty, kule magiczne). Ludzie byli niespokojni o swoje dalsze losy, ale życie toczyło się swoim trybem – zakończyła fragment opowiadania Weronika Kurjanowicz. A było to dokładnie miesiąc temu.
Wanda Milewska


