


Hanka. Tak ją zapamiętało miasto – jako głos, który potrafił zatrzymać chwilę, i jako obecność, której nie dało się pomylić z żadną inną. Aleksandra Anna Panasiuk z dokumentów, Hanka z pamięci. Artystka bez sceny narodowej, ale z publicznością, która była zawsze blisko – na wyciągnięcie ręki – w parkach, klubach, salach tanecznych Jeleniej Góry i Cieplic.
Jej życie układa się w opowieść o naturalności. O tym, że talent nie zawsze potrzebuje akademii i nut, czasem wystarczy uważność i odwaga, by wyjść przed ludzi i zaśpiewać. Tak zaczęła – jako dziewczynka, która „zgłaszała się, czy trzeba było, czy nie trzeba”. I właściwie nigdy nie przestała.
Z Lubelszczyzny przyjechała do Jeleniej Góry jako dziecko, razem z rodziną, która – jak wiele innych – szukała tu nowego początku po wojnie. Miasto przyjęło ją i ukształtowało. To tutaj dorastała, poznawała ludzi, budowała swoje życie. To tutaj uczyła się śpiewać – najpierw intuicyjnie, potem coraz świadomiej, choć wciąż „ze słuchu”.
Jej scena nie była zamknięta w jednym miejscu. Była wszędzie tam, gdzie byli ludzie. W klubie Gencjana, który sama nazwała, szukając inspiracji w górskim kwiecie. W Domu Zdrojowym w Cieplicach, gdzie wieczorami śpiewała dla kuracjuszy i mieszkańców, a Plac Piastowski pulsował życiem. W restauracjach, klubach młodzieżowych, w całym tym świecie, który dziś istnieje już tylko we wspomnieniach.
Tamte czasy – jak sama mówi – były „piękne”. Nie dlatego, że łatwe. Raczej dlatego, że ludzie byli bliżej siebie. Spotykali się, rozmawiali, tańczyli. „Szło się w miasto” – i to wystarczało. Znajomości rodziły się na parkietach, przy stolikach, podczas spacerów. Był rytuał, była ciekawość drugiego człowieka, była wspólnota.
Hanka była częścią tego rytmu.
Potem przyszło życie – takie zwyczajne. Rodzina, dzieci, praca. Urzędy, sklep, codzienność, która na lata przysłoniła scenę. Ale nie zabrała jej tego, co najważniejsze. Głos pozostał. I potrzeba bycia wśród ludzi.
Dlatego, gdy pojawiła się możliwość powrotu – wróciła bez wahania. Uniwersytet Trzeciego Wieku, kabaret Bella Mafia, występy, konkursy, nagrody. Znów scena, znów publiczność, znów śmiech i wzruszenie. I znów Hanka – taka sama, tylko z większym bagażem doświadczeń.
A potem przyszła cisza.
Pandemia, choroby, odejścia. Śmierć męża. Zespół, który przestał istnieć w dawnej formie. „Nie wiem, co ze sobą zrobić” – mówi, i w tym zdaniu mieści się cały ciężar tych lat. Ale zaraz obok pojawia się coś, co zawsze było jej siłą – gotowość, by spróbować jeszcze raz.
Bo choć „włos siwieje powoli”, to w niej wciąż jest ten sam impuls, który kazał jej śpiewać w przedszkolu.
Chęć życia. Chęć bycia. Chęć dzielenia się.
Pomysł kabaretu „Wpół do starości” nie jest tylko anegdotą. Jest symbolem. Pokazuje, że dla niej scena nie ma wieku. Że można wracać, nawet jeśli wydaje się, że wszystko już było.
Hanka nie jest tylko wspomnieniem dawnych czasów.
Jest dowodem na to, że życie można przeżyć w rytmie własnego głosu. Że nawet jeśli zmieniają się miejsca, ludzie i epoki – to, co w człowieku prawdziwe, zostaje. A Jelenia Góra? Dla niej to nie tylko miasto. To scena, na której wciąż – gdzieś między wspomnieniem a teraźniejszością – słychać jej śpiew.
Więcej: w Radiu KSON – słuchaj, bo warto!
Łukasz Muraszko/MP
Fot Archiwum Aleksandry Panasiuk


